27 sierpnia 1949 r. komuniści zamordowali por. Zygmunta Jezierskiego.

27 sierpnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej w Warszawie komuniści zamordowali por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” – dowódcę oddziału partyzanckiego Rejonu NSZ Mrozy, który jako ostatni oddział leśny zwalczał „czerwoną zarazę” w pow. Mińsk Mazowiecki.

Zygmunt Jezierski urodził się 27 lipca 1925 r. w Mrozach (pow. Mińsk Mazowiecki) jako syn Floriana i Anieli z Roguskich. Początkowo był harcerzem sekcji I mroziańskiej drużyny Harcerstwa Polskiego – Hufców Polskich (harcerstwa narodowo-katolickiego zorganizowanego w Mrozach w 1940 r.) oraz członkiem mroziańskiego Koła Stronnictwa Narodowego (utworzonego w Mrozach w 1936 r.). W 1944 r. wstąpił do mroziańskiej placówki Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) i był żołnierzem Akcji Specjalnej (AS) Komendy Rejonu pod dowództwem por. Mariana Gadomskiego ps. „Niedźwiadek”.
W styczniu 1945 r. został powołany do służby w ludowym Wojsku Polskim, z którego zdezerterował. Na krótko wstąpił do poakowskiego (Delegatura Sił Zbrojnych) oddziału kpt. Tadeusza Kalinowskiego ps. „Bicz” (dawny IV Ośrodek AK w Mrozach). 24 września 1945 r. za zgodą komendanta Obwodu AK Mińsk Mazowiecki ujawnił się przed funkcjonariuszami PUBP z Mińska Mazowieckiego jako akowiec (w stopniu st. strzelca) pod ps. „Jastrząb” wraz z kilkoma innymi żołnierzami NSZ i członkami SN z Mrozów i okolicy.

Por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł” (w środku) wraz z oficerami i podoficerami z oddziału – maj 1948 r. – fot. IPN.

Na skutek represji bezpieki szybko jednak powrócił do konspiracji. Jesienią 1945 r. wstąpił ponownie do oddziału NSZ w Mrozach (pluton II – tzw. „wypadowy”, którego zadaniem było organizowanie broni i amunicji, a także pieniędzy i potrzebnych artykułów) pod dowództwem por. Zdzisława Wiewióry vel Wiewiórskiego ps. „Vis”, a wiosną 1946 r. objął po nim dowództwo nad tyże oddziałem (ścigany przez bezpiekę por. „Vis” założył własny oddział partyzancki operujący głównie w pow. Mińsk Mazowiecki i Węgrów w składzie OP „Pogoń” – WiN kpt. Henryka Hebdy ps. „Korwin”). W trakcie amnestii ujawnił się 2 kwietnia 1947 r. przed PUBP w Mińsku Mazowieckim w stopniu plutonowego jako dowódca oddziału dywersyjnego, m.in. wraz z dowódcą AS Eligiuszem Malesą ps. „Zawierucha” i ośmioma innymi żołnierzami. Zdał wówczas pistolet Vis, pepeszę i granat.

Por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł” (drugi od lewej w górnym rzędzie) wraz z oddziałem – maj 1948 r. – fot. IPN.

 

Jesienią 1947 r. uniknął aresztowania, zdołał uciec i ukrywał się. W tym czasie do Mrozów dotarł ukrywający się przed bezpieką komendant Rejonu NSZ Mrozy por. Marian Gadomski ps. „Niedźwiadek”, który rozpoczął formowanie oddziału partyzanckiego pod dowództwem ppor. Zygmunta Jezierskiego. Ppor. „Orzeł” nawiązał kontakt z ukrywającym się ppor. Zygmuntem Rześkiewiczem ps. „Grot” (byłym żołnierzem AS Rejonu NSZ Mrozy), któremu oddał dowodzenie oddziałem, a sam w styczniu 1948 r. wyjechał na trzy miesiące na Ziemie Odzyskane. Po powrocie do Mrozów w marcu 1948 r. stanął na czele kilkunastoosobowego oddziału NSZ zasilonego członkami warszawskiej konspiracji Organizacji Podziemnej Stronnictwa Narodowego i podległego komendantowi samodzielnego Rejonu NSZ Mrozy por. Marianowi Gadomskiemu ps. „Niedźwiadek”. Oddział por. „Orła” od listopada 1947 r. do czerwca 1948 r. przeprowadził dwadzieścia dwie akcje zbrojne i odwetowe skierowane przeciwko funkcjonariuszom resortu bezpieczeństwa oraz miejscowej administracji. Oddział operował na terenach powiatów: Mińsk Mazowiecki, Węgrów, Sokołów Podlaski, Siedlce, Łuków i Garwolin.
1 kwietnia 1948 r. pod Trzebuczą k. Kałuszyna oddział dokonał spektakularnej akcji odbicia czterech więźniów (żołnierzy VI Brygady Wileńskiej AK) przewożonych z PUBP w Węgrowie do WUBP w Warszawie. Zabito wówczas oficera i podoficera UB (oficera osobiście zastrzelił por. Jezierski „Orzeł”).

Por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł” (drugi od lewej w górnym rzędzie) wraz z oddziałem – maj 1948 r. – fot. IPN.

3 czerwca 1948 r. w Grodzisku-Kolonii k. Mrozów, na skutek zdrady jednego z podległych żołnierzy – ppor. Jana Brauna ps. „Dżon”, oddział por. „Orła” został okrążony i rozbity przez grupę operacyjną żołnierzy KBW oraz funkcjonariuszy UB i MO. Ciężko rannemu (przestrzelone udo i cztery palce lewej ręki) por. Zygmuntowi Jezierskiemu udało się wydostać z zasadzki, a dzięki pomocy kolegów z NSZ ukrywał się na terenie powiatu mińskiego oraz u swojej dziewczyny w Sulejówku, posiadając dokumenty kolejarza Zenona Roguskiego.

Por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł” przyjmuje meldunek o stanie oddziału – maj 1948 r. – fot. IPN.

Por. „Orzeł” zatrzymany został przez bezpiekę 19 stycznia 1949 r. w Łodzi, gdy próbował wsiąść do pociągu (prawdopodobnie próbował wyjechać na Ziemie Odzyskane lub przekroczyć granicę).
30 maja 1949 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym (WSR) w Warszawie rozpoczął się proces por. Zygmunta Jezierskiego. Dzień później WSR w składzie: przewodniczący – mjr Mieczysław Widaj, ławnicy – st. strz. Florian Strychalski i strz. Henryk Hajduga, protokolant – chor. Wiktor Matusiak i bez udziału prokuratora, wydał wyrok śmierci na por. Zygmunta Jezierskiego (nr akt Sr. 814/49). Wraz z por. „Orłem” sądzeni byli jego podwładni: sierż. Władysław Kurowski ps. „Longin” (kara śmierci zamieniona po apelacji na 15 lat więzienia), strz. Zdzisław Kozłowski ps. „Dąb” (15 lat więzienia), strz. Eugeniusz Patek ps. „Kola” (15 lat więzienia), strz. Zbigniew Rożanowski ps. „Marynarz” (15 lat więzienia), strz. Włodzimierz Minchberg ps. „Sokół” (6 lat więzienia), strz. Waldemar Pistolin ps. „Skrzetuski” (6 lat więzienia) oraz strz. Ryszard Szczęsny ps. „Ryś” (5 lat więzienia).
Por. „Orzeł” został zamordowany 27 sierpnia 1949 r. w więzieniu mokotowskim w Warszawie przy ul. Rakowieckiej przez rozstrzelanie. Zgon został stwierdzony o godz. 21.35. Szczątki por. Zygmunta Jezierskiego zostały odnalezione przez zespół IPN pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka 24 maja 2013 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.

Protokół wykonania kary śmierci na por. Zygmuncie Jezierskim – fot. IPN.

9 czerwca 2016 r. w Pałacu Prezydenckim w Warszawie wręczono noty identyfikacyjne dwudziestu dwóm rodzinom ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego. Był to efekt prac poszukiwawczych, jakie Instytut Pamięci Narodowej prowadził w Gdańsku, Warszawie, Białymstoku, Rzeszowie i w Tarnowie. Wśród dwudziestu dwóch nazwisk odnalezionych i zidentyfikowanych żołnierzy podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego znalazł się por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł”. Notę odebrała siostrzenica por. „Orła” pani Maria Aniszewska.

Uroczystość wręczenia rodzinom not identyfikacyjnych odnalezionych i zidentyfikowanych ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Pałacu Prezydenckim – Warszawa 9 czerwca 2016 r.
15 czerwca 2018 r. w 70. rocznicę ostatniej bitwy oddziału przeciwko komunistom w Grodzisku – fot. Krzysztof Laskowski

 

CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM !!!
WIECZNA HAŃBA ICH OPRAWCOM !!!

Tekst powstał w oparciu o artykuł członków GRH Rejon NSZ Mrozy z „Rocznika Kałuszyńskiego” (zeszyt 16 z 2016 r.)

Autor: Michał Jerzy Chromiński

70 Lat temu…

Dokładnie 70 lat temu – 3 czerwca 1948 r. we wsi Grodzisk k. Mrozów na skutek zdrady i obławy funkcjonariuszy UB, KBW i MO zlikwidowany został oddział partyzancki por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” z Rejonu NSZ Mrozy – ostatni oddział podziemia antykomunistycznego zwalczający czerwoną zarazę w pow. Mińsk Mazowiecki.

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34398681_1341384029338944_1690005571538780160_n.jpg?_nc_cat=0&oh=db654aead8311509dca219d225982585&oe=5B7E350E

2 czerwca oddział NSZ por. „Orła” udał się do skomunizowanej wsi Kiczki w celu ukarania miejscowych gorliwych członków PPR. Żołnierze wtargnęli do domu sołtysa – Jana Borucińskiego, któremu po pobiciu zarekwirowano pieniądze. Następnie partyzanci udali się do domu Józefa Kozłowskiego. Kolejnym pepeerowcem, który miał zostać przywołany do porządku był Marian Boruciński. Ten jednak broniąc się z całych sił nie wpuścił eneszetowców do domu, wobec czego por. „Orzeł” ostrzegawczo obrzucił dom granatami. Jeden z granatów niefortunnie odbił się od ramy okiennej i wybuchając na zewnątrz budynku ranił lekko kilku żołnierzy oraz mocniej st. strz. Czesława Grzywacza ps. „Cygan”. Tego samego dnia na terenie powiatu mińskiego został zatrzymany i aresztowany przez bezpiekę oficer oddziału por. „Orła” – ppor. Jan Braun ps. „Dżon” (konfident WUBP, który będąc na urlopie w Warszawie zadenuncjował kolegów z oddziału).

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34436327_1341384976005516_2237853402040107008_n.jpg?_nc_cat=0&oh=dfd437bb8c75e77c9416377eb56a7e83&oe=5BBA6B53

3 czerwca dziesięcioosobowy oddział NSZ po całonocnym marszu zatrzymał się na odpoczynek i kwaterował w Grodzisku k. Mrozów u szewca Lipińskiego. Nikt z odpoczywających wówczas żołnierzy nie mógł przypuszczać, że będzie to dzień ich ostatniej walki. Około godziny 19.00, na skutek donosu, gospodarstwo zostało otoczone przez przeważające siły resortu bezpieczeństwa – oficerowie i funkcjonariusze WUBP, siedemdziesięciu pięciu żołnierzy KBW z Warszawy i dziesięciu funkcjonariuszy MO z Węgrowa. Fragment sprawozdania dowództwa Grupy Operacyjnej „Z” z pierwszej fazy działań w okresie od 20 kwietnia do 3 czerwca 1948 r. podaje: „Dnia 3.06.48 r. o godz. 14.10 sztab GO „B-B1” otrzymał od organów UBP dane, że banda „Zeszkiewicza” w sile 10-ciu ludzi kwateruje na kol. Grodzisk (8060a) u szewca Lipińskiego. Na otrzymaną wiadomość o godz. 14.30 tegoż dnia wyruszyła grupa operacyjna – odwód sztabu GO „B-B1” – pod d-twem mjr. Lubowskiego w sile 75 ludzi + 10-ciu milicjantów z MO Węgrów przez Węgrów, Jagodne (8466), Koszewnica (8266) w kierunku m. Choszcze (8060) na kol. Grodzisk, celem zlikwidowania bandy. Grupa podzieliwszy się na 3 plutony – grupę ubezpieczającą, wykonawczą i grupę odwodowo-konwojową dotarła skrycie lasami kol. Grodzisk, zamykając ją pierścieniem.”

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34342313_1341384799338867_5370967151811231744_n.jpg?_nc_cat=0&oh=0067de50f6e4baf0e03879dbc4dfee84&oe=5BBE8D0A

Po latach najmłodszy żołnierz oddziału por. „Orła” i zarazem uczestnik ostatniej bitwy mroziańskich eneszetowców z bezpieką – strz. Jan Artur Kochański ps. „Zośka” tak wspominał tamten pamiętny dzień: „Oddział „Orła” po nocnym marszu zatrzymał się we wsi Grodzisk koło Mrozów, bazy i ostoi oddziału. Chłopcy po sprawdzeniu uzbrojenia i wystawieniu wart rozlokowali się na noc w stodole. Zmęczeni forsownym marszem szybko zasnęli. Na zewnątrz pełniło wartę dwóch wartowników. Będące już wysoko słońce i niecierpliwi wartownicy nie pozwolili na długi sen. Było 3 czerwca święto Bożego Ciała. Chłopcy szybko się umyli, zjedli śniadanie i zajęli się czyszczeniem broni. Później gdy broń dostała się do bezpieki, rusznikarze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa nie mogli się nadziwić, jak w takich warunkach można było w tak doskonałym stanie utrzymać broń. Tymczasem był spokój, czas biegł powoli, a ja poszedłem do gospodyni żeby zająć się obiadem. Około godziny 3 po południu, będąc w kuchni gospodarzy, gdzie z gospodynią przygotowywałem obiad, nagle usłyszałem huraganowy ogień. Wyrwałem pistolet z kabury i już pod skoncentrowanym ogniem przebiegłem podwórze i wpadłem do stodoły. Tam już nie było żadnego z chłopców. Wokół stodoły i obory zajęli prowizoryczne stanowiska obrony i jak mawiał pan Zagłoba >>dawali skuteczny wstręt<< UB-owcom. W ruch poszły granaty. Mistrz w ich operowaniu „Orzeł” miotał je pod sam nos wroga. Chwyciłem na klepisku RKM i wybiegłem przed oborę. Raptem znalazłem się wśród kilku UB-owców. Nacisnąłem spust „Diegtiariewa” – tylko szczęknął. Nic tu po mnie przeleciało mi przez głowę. Odwróciłem się i w tej chwili poczułem, że ręka mi opada, a ciężki karabin wysuwa mi się z ręki. Gdy doleciałem do winkla obory z każdego palca ciekła mi krew. Byłem pierwszym rannym.”

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34480935_1341385042672176_6074980976742629376_n.jpg?_nc_cat=0&oh=ccaa1cf074c68d71ef3072b98830d169&oe=5BC19FEB

Powróćmy znów do opisu bitwy w Grodzisku, który zawarty jest w sprawozdaniu bezpieki, tak aby mieć pełniejszy obraz tego wydarzenia: „Po całkowitym okrążeniu o godz. 19.20 z grupy wykonawczej wyruszyła grupa szturmowa do zabudowań szewca Lipińskiego, wskazanych przez zatrzymanego osobnika, gdzie miała kwaterować banda. W chwili zbliżania się grupa ta została zauważona przez jednego bandytę, który zaalarmował pozostałych. W tym momencie natychmiast okrążono zabudowania gdzie znajdowała się banda. Bandyci w pierwszej chwili pod osłoną silnego ognia próbowali wydostać się z otaczającego ich pierścienia, jednak wobec silnego ognia grupy szturmowej wycofali się do murowanej stodoły. Ze stodoły tej banda prowadziła silny ogień z broni maszynowej do żołnierzy grupy szturmowej, używając także granatów, między nimi nawet p.pancernych. W międzyczasie grupa szturmowa została wzmocniona grupą odwodową i obie grupy wspólnie przystąpiły do likwidacji bandytów. Walka trwała 3 godziny. Dla uniknięcia strat przy ewentualnym likwidowaniu bandy szturmem d-ca grupy wykonawczej wydał rozkaz podpalić stodołę. Po wielu trudnościach wobec padającego ulewnego deszczu, dzięki odwadze kpr. Kierończuka i strz. Słomkowskiego, którzy bezpośrednio pod silnym ogniem bandy dostali się do stodoły zapalając ją. Bandyci, gdy zaczęli się już sami palić, rzucili się do ucieczki otwierając silny ogień, jednak dzięki bohaterskiej postawie żołnierzy zamierzony manewr nie udał się i bandę zupełnie zlikwidowano. Ogółem zabito 4-ech bandytów, ujęto 5-ciu, zaś jednemu udało się zbiec.”

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34276629_1341385219338825_394298841249087488_n.jpg?_nc_cat=0&oh=253041cbc328ec7e695800d0c5411011&oe=5B832FC6

W dalszym opisie bitwy „Zośka” wspominał: „Walka trwała już przeszło dwie godziny i dziwnym trafem nikt nie był więcej ranny. W pewnym momencie ogień UB-owców zaczął zanikać i zaczęli wołać o poddanie się, gwarantując wszystkim życie. Spojrzeliśmy po sobie ze zdumieniem. Każdy z nas wiedział co warte są ich obietnice. Z ust „Orła” otrzymali jedyną i słuszną odpowiedź >>NSZ ginie ale nie poddaje się<<. Strzelanina jaka się po tych słowach rozpętała była o wiele intensywniejsza. Granaty rzucano ponad stodołą i oborą. W pewnej chwili do ściśniętej linii obrony doleciał rozkaz: >>Oszczędzać amunicję, przygotować się do przebicia<<. Oparty o ścianę obory zauważyłem jak „Marynarz” ostrzeliwując się z „pepeszy” pobiegł przez łąkę w kierunku pobliskiego zboża. Nie miał więcej jak pięć metrów do zbawczego łanu, gdy nogi nagle mu się dziwnie splątały. Padł na łąkę, pepesza wyleciała mu z ręki i znieruchomiał. Byliśmy pewni, że zginął. W tym czasie serię w brzuch dostał „Ojciec”. Męczył się jeszcze godzinę. Nie miał siły się dobić, a koledzy nie chcieli się zgodzić. Śmierć „Czarnego” przyszła cicho i niezauważalnie. Zmarł bez jęku. „Hrabia”, jeden z lepszych strzelców z „Mauzera”, nagle odwrócił głowę w moją stronę i krzyknął >>Zośka dostałem.<< Wyszarpnął z kabury pistolet, przyłożył do skroni i po chwili było po wszystkim. W pewnym momencie dowódca podszedł do mnie i spokojnym głosem powiedział >>Giniemy Zośka<<, odpowiedziałem >>Giniemy Wodzu<<. Z okienka obory odezwały się długie serie automatu. Strzelał „Kola” nasz amunicyjny. Znów ubowcy zaczęli krzyczeć o przerwaniu ognia. Tym razem „Orzeł” zawołał >>Tylko chłopcy hurra<<. Spowodowało to nową lawinę ognia. Zaczynało zmierzchać. W walce już zginęli: Tadeusz Brzozowski „Czarny”, Czesław Kania „Skrzetuski”, Henryk Kwapisz „Ojciec” i Wiktor Zając „Hrabia”. Walczyli jeszcze Zygmunt Jezierski „Orzeł”, Czesław Gałązka „Bystry”, Eugeniusz Patek „Kola”, Zbigniew Rożanowski „Marynarz”, Józef Łukaszewicz „Kruk” [J. A. Kochański mylnie podał, iż w Grodzisku walczył sierż. Józef Łukaszewicz ps. „Kruk”. Pominiętym żołnierzem oddziału był strz. Zdzisław Kozłowski ps. „Dąb”. Sierż. „Kruk” był wówczas w Warszawie, podobnie jak st. sierż. Edward Markosik ps. „Wichura” i st. strz. Czesław Grzywacz ps. „Cygan”] i ja ranny „Zośka”. Ostrzał był ciągle gwałtowny. Otoczeni broniliśmy się coraz słabiej. UB-owcy jednak nie wiedzieli o naszych stratach. Nagle usłyszałem rozkaz ich dowódcy: >>Podpalić zabudowania<<. Widocznie obawiali się, że w nadchodzącym zmroku zdołamy uciec. W dymie i gasnących płomieniach dostrzegłem biegnącego zakosami „Orła”. Szczęśliwie dobiegł do zboża i skrył się. Walka ustawała. Ból rannej ręki i oparzenia bolały coraz więcej. Zaczynałem tracić przytomność. W pewnym momencie poczułem potworny ból głowy i usłyszałem: >>Nie bij go s…synu<<. To jeden z ubowców kolbą w głowę przywracał mi przytomność, a drugi wystąpił w obronie.”
W wyniku bitwy po stronie bezpieki było dwóch rannych: mjr Michniewicz i strz. Jan Zasada. Dużo większe straty poniósł oddział por. „Orła”. W walce polegli: strz. Tadeusz Brzozowski ps. „Czarny”, strz. Czesław Kania ps. „Skrzetuski”, strz. Henryk Kwapisz ps. „Ojciec” i strz. Wiktor Zając ps. „Hrabia”. Ranni byli: por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł”, st. strz. Zbigniew Rożanowski ps. „Marynarz” i strz. Jan Artur Kochański ps. „Zośka”. Ten ostatni tak wspominał moment aresztowania w Grodzisku: „Ciała zabitych wrzucono do samochodu, a Bystrego, Kolę, Kruka [powinno być Dęba – strz. Zdzisława Kozłowskiego], Marynarza i mnie Zośkę wepchnięto do samochodu. Jechałem na zwłokach moich kolegów. Zawieziono nas samochodami bezpośrednio do Warszawy do UB przy ul. Sierakowskiego. Kazano nam stać, a obok nas UB-owcy ciągnęli za nogi zwłoki naszych kolegów do piwnicy. Gałązkę i Patka zostawiono na Sierakowskiego, a Rożanowskiego rannego w nogę i mnie Kochańskiego przewieziono do szpitala KBW przy ul. Żelaznej. W szpitalu przebywałem 10 dni. Założono mi gips na rękę i opatrunki na oparzenia. Następnie przewieziono mnie do więzienia na Rakowiecką. W celi na Rakowieckiej przebywałem 6 tygodni. Dopiero po 2 tygodniach jak już rany po oparzeniach zaczęły potwornie cuchnąć, zmieniono mi opatrunek. Potwornie męczyłem się z gipsem. W celi była wszawica. Wszy powchodziły pod gips i to było nie do zniesienia. Gips jednak zdjęli dopiero po 6 tygodniach. Dwa tygodnie siedziałem w celi śmierci. Potem mnie przeniesiono. Po miesiącu przyjechali UB-owcy z UB przy ul. 11 listopada [słynny areszt UB zwany „Toledo”] i zabrali mnie na oddział śledczy. Po dziewięciu miesiącach śledztwa nastąpiła rozprawa przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie.”
Represje ze strony bezpieki nie ograniczyły się tylko do partyzantów. Ostatnią walkę oddziału por. „Orła”, jak również aresztowanie rodziców doskonale zapamiętał syn gospodarza – Józef Lipiński z Grodziska, który po latach podzielił się bolesnymi wspomnieniami: „Gdy rozpoczęła się bitwa w gospodarstwie mojego ojca poprawiałem dach u znajomych. Z dachu widziałem jak UB-owcy podpalili najpierw stodołę, a gdy żołnierze od „Orła” wycofali się, podpalili oborę. Najwięcej żołnierzy „Orła” zginęło w czasie wycofywania się. Po bitwie UB-owcy pościągali ciała zabitych w jedno miejsce i załadowali na samochód. Do samochodu zabrali ojca i matkę, i jak później mówiła, kazali im siedzieć na zwłokach. Ja do domu nie wróciłem. Pojechałem do Warszawy do rodziny. Matkę zwolnili i też przyszła do rodziny. Spotkaliśmy się i przyjechaliśmy do domu. W domu nic nie było. UB-owcy obrabowali nas doszczętnie. Ojciec siedział 10 miesięcy. Ja gdybym dostał się w ich ręce to bym nie wrócił.”
Z gospodarstwa Lipińskich udało się przebić tylko ciężko rannemu dowódcy grupy – por. Zygmuntowi Jezierskiemu ps. „Orzeł”. Szczęśliwie na drodze swojej ucieczki natrafił na dobrych ludzi, którzy otoczyli go opieką. Jedną z tych osób był żołnierz NSZ Tadeusz Gruszczyński ps. „Drwal”, który wspominał po latach: „Krytycznym dniem oddziału był czerwcowy poranek 1948 roku. Oddział kwaterował w pobliżu wsi Grodzisk w stodole gospodarza Lipińskiego. Prawdopodobnie ktoś musiał zdradzić kryjówkę bo w kilka godzin później zostali otoczeni przez wojsko i ubowców. Żołnierze „Orła” bronili się ale nie mieli szans. Większość oddziału poległa, ciężko rannych ujęli ubowcy. Dowódcy oddziału Jezierskiemu „Orzeł” udało się uciec. Podczas ucieczki został ciężko ranny (przestrzelone udo i cztery palce lewej ręki, palce nadawały się do amputacji). Przy pomocy znajomych dobrych ludzi znalazł się we wsi Patok koło Kałuszyna, gdzie dostał pierwsze zastrzyki przeciw zakażeniu przez fachową pomoc lekarską. Wiadomość o tej sytuacji otrzymałem w Mińsku Maz. przez żonę znajomego Karczmarza Władysława (już nie żyje, żona żyje wieś Gujszcz), była to sobota trzeciego dnia po walce. Trzeba było znaleźć pomoc szpitalną. Tego samego dnia t.j. w sobotę nad wieczorem udałem się do wsi Patok, gdzie leżał ranny. Wspólnie ze znajomymi zorganizowano transport (furmanka konna), woźnicą był starszy człowiek Miecz Bronisław, pomagali mi jego syn Miecz Stanisław i Murawski Mieczysław [żołnierz NSZ o ps. „Komar” – przyp. autora]. Ruszyliśmy w drogę, ominęliśmy polną drogą Mrozy, przez Cegłów, Mienię, Barczącą. W Mińsku Maz. byliśmy o godz. 9.00 w mieszkaniu rodziców (było trochę zamieszania i strachu). Po konsultacji ze znajomymi ludźmi z organizacji AK i dyrektorem szpitala chirurgiem Grzeszakiem [Julianem, byłym oficerze AK – przyp. autora] członkiem AK, ustalono termin zabiegu, był to poniedziałek godz. 24.00 na nocnym dyżurze dyrektora Grzeszaka (innego wyjścia nie było). Nie znając w tamtych latach dobrze terenu wokół szpitala, żeby nie iść ulicami musiałem zbadać dojście od strony pól uprawnych, a najgorsze było przechodzić z rannym przez tory kolejowe. Ta droga do szpitala, czas pobytu na zabieg i powrót do domu to było dla nas obu coś okropnego. Przychodziły różne myśli, w domu pozostali modlili się (dzięki Bogu udało się). W szpitalu był wpisany do książki przyjęć pod nazwiskiem Kowalski, wypadek przy pracy, rżnięcie sieczki w sieczkarni. Do wykonywania opatrunków przychodziła sanitariuszka z org. AK. Pracowała w szpitalu kolejowym w Warszawie. Po dwóch tygodniach gdy był już silny, ze względów ostrożności (wścibscy sąsiedzi), został przewieziony do wsi Ulianów [powinno być Julianów – przyp. autora] (około 3 km), tam był na razie bezpieczny i dobrze mu tam było. Przy ostatnim spotkaniu podziękował mi, mojej rodzinie i innym, którzy udzielili mu pomocy. Może coś nie dopisałem, może za mało nazwisk, ale już te osoby nie żyją, nie pamiętam dat.”
Aresztowania lawinowo objęły także pozostałych członków grupy, w tym żołnierzy oddziału partyzanckiego, tych pozostających na tzw. „siatce” w Warszawie, jak również łączniczkę oraz zaprzyjaźnionych duchownych.
3 czerwca 1948 r. funkcjonariusze WUBP zatrzymali i aresztowali w Warszawie: st. sierż. Edwarda Markosika ps. „Wichura”, sierż. Józefa Łukaszewicza ps. „Kruk” oraz st. strz. Czesława Grzywacza ps. „Cygan”.

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34463886_1341384652672215_8504422059424612352_n.jpg?_nc_cat=0&oh=edb3e6d76095b2b2e3b8e4026451b420&oe=5B7B13DA

Wymienieni należeli do oddziału por. „Orła” i w momencie aresztowania podczas rewizji znaleziono u nich pistolety wraz z amunicją. St. sierż. „Wichura” do stolicy przyjechał w celu zdobycia map terenów na których operował oddział, sierż. „Kruk” leczył zęby, a z kolei st. strz. „Cygan” dochodził do siebie jako najbardziej poszkodowany w wyniku niefortunnego rzutu granatem przez por. „Orła” w akcji przeprowadzonej dzień wcześniej na dom pepeerowca Mariana Borucińskiego we wsi Kiczki. St. strz. „Cygan” tak wspominał moment aresztowania w mieszkaniu st. sierż. „Wichury” na warszawskim Bródnie: „Miałem cywilne kontakty z oddziału partyzanckiego. Właśnie jak już byłem w tym oddziale, przyjeżdżali do Warszawy i w Warszawie mnie nakryli. Aresztowanie było takie trochę niesympatyczne, bo przyjechaliśmy w nocy. Spałem. Poszliśmy na kwaterę do znajomych, też z Mrozów. Kolega, który ze mną przyjechał, poszedł załatwiać sprawy. On był starszy stopniem. W pewnym momencie słyszę rumor. Zawsze gdzie byliśmy, to wsadzałem pod głowę, pod poduszkę pistolet. Miałem waltera, bardzo ładny, lekki, wspaniały pistolet. Sięgnąłem, wyciągnąłem. Ale to nie był czyn bohaterski czy świadomy, to tak jak pies Pawłowa – odruch. Drzwi się uchyliły i widzę, że kolega wciska się do pokoju, więc wsunąłem go z powrotem. W pewnym momencie on zrobił takie dwa duże kroki i przykleił się do ściany. Znał mnie i wiedział, że mogę strzelać. To sięgnąłem znów, ale nie zdążyłem i już miałem dwie „tetetki” przy głowie. Co charakterystyczne, zauważyłem w takim momencie, że oni spusty mieli ściągnięte, ale trzymali kurki odciągnięte. Dlatego że gdyby ktoś do niego w tej chwili strzelił, to puściłby kurek, pistolet by wystrzelił do celu.”

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34268603_1341385712672109_7973420512292372480_n.jpg?_nc_cat=0&oh=f2bc65a5db678359906a2e90ea9ee2cd&oe=5B76FDA4

W tym samym dniu w Warszawie aresztowani zostali także „siatkowcy” z oddziału por. „Orła”: strz. Włodzimierz Minchberg ps. „Sokół”, strz. Waldemar Pistolin ps. „Skrzetuski”i strz. Ryszard Szczęsny ps. „Ryś” oraz łączniczka oddziału – Zofia Borucińska ps. „Mała”.
8 czerwca 1948 r. aresztowany został pochodzący ze wsi Wola Paprotnia magazynier broni oddziału por. „Orła” – sierż. Władysław Kurowski ps. „Longin”. Materiałem obciążającym go była broń przechowywana w magazynie ukrytym w młodym zagajniku obok wsi Kruki.
W tym samym dniu funkcjonariusze UB zabezpieczyli w nim broń: dwa rkm-y, dziewięć pistoletów maszynowych PPSz, pistolet maszynowy PPS, cztery pistolety maszynowe MP 40, jeden pistolet maszynowy Sten, pięć karabinów Mosin, osiem karabinów Mauser, szesnaście granatów, rakietnicę, trzy miny, części składowe broni oraz znaczną ilość amunicji. Tego samego dnia UB aresztowało księży: proboszcza z Mrozów – ks. Kazimierza Fertaka i proboszcza z Kuflewa – ks. Wiktora Łubińskiego. W trakcie przeszukania plebanii w Mrozach funkcjonariusze UB znaleźli pistolet Walther P.38 wraz z amunicją, należący do ks. Kazimierza Fertaka. Broń miał mu ofiarować w maju 1946 r. ukrywający się wówczas przed bezpieką na plebanii oficer Rejonu NSZ Mrozy – ppor. Zdzisław Wiewiórski ps. „Vis”.
22 listopada 1948 r. WSR w Warszawie skazał łączniczkę oddziału – Zofię Borucińską ps. „Mała” na karę sześciu lat więzienia.

 https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/34403627_1341385776005436_2314163310053818368_n.jpg?_nc_cat=0&oh=b0e6a6379060e5df4f94a67bac96f11b&oe=5BB92E2A

13 stycznia 1949 r. WSR w Warszawie skazał aresztowanego w czerwcu konfidenta UB w oddziale – ppor. Jana Brauna ps. „Dżon” na karę śmierci, która 29 marca, na skutek złożonej apelacji, została zamieniona przez Naczelny Sąd Wojskowy na karę piętnastu lat więzienia z utratą praw na okres pięciu lat.
19 stycznia 1949 r. w Łodzi, w trakcie wsiadania do pociągu, aresztowany został poszukiwany dowódca oddziału ppor. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł”, który jako jedyny wydostał się z obławy bezpieki przeprowadzonej w Grodzisku. Por. „Orzeł” od sierpnia 1948 r. ukrywał się w Sulejówku u swojej dziewczyny, posługując się fałszywymi dokumentami wystawionymi na pracownika kolei – Zenona Roguskiego.
Wyrokiem WSR w Warszawie z 28 lutego 1949 r. na karę śmierci skazano ppor. Czesława Gałązkę, st. sierż. Edwarda Markosika i sierż. Józefa Łukaszewicza. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki więzienia: ks. Kazimierz Fertak – piętnaście lat, st. strz. Czesław Grzywacz – trzynaście lat, strz. Jan Artur Kochański – dwanaście lat, ks. Wiktor Łubiński – cztery lata.
14 maja 1949 r. w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie zostały wykonane kary śmierci na żołnierzach oddziału por. „Orła”. Zginęli wówczas strzałem w potylicę z ręki dowódcy plutonu egzekucyjnego st. sierż. Piotra Śmietańskiego:
– st. sierż. Edward Markosik o godzinie 21.20
– sierż. Józef Łukaszewicz o godzinie 21.30
– ppor. Czesław Gałązka o godzinie 21.35
Wyrokiem WSR w Warszawie z 31 maja 1949 r. na karę śmierci skazani zostali dowódca mroziańskiego oddziału partyzanckiego NSZ por. Zygmunt Jezierski oraz magazynier broni sierż. Władysław Kurowski. Po apelacji złożonej przez tego drugiego, Sąd Najwyższy zmienił wyrok kary śmierci na piętnaście lat więzienia, jako że udowodniono mu tylko przechowywanie broni oddziału. Tym samym wyrokiem WSR na długoletnie kary pozbawienia wolności skazani zostali pozostali żołnierze i „siatkowcy” oddziału por. „Orła”: strz. Zbigniew Rożanowski – piętnaście lat, strz. Eugeniusz Patek – piętnaście lat, strz. Zdzisław Kozłowski – piętnaście lat, strz. Waldemar Pistolin – sześć lat, strz. Włodzimierz Minchberg – sześć lat, strz. Ryszard Szczęsny – pięć lat.
27 sierpnia 1949 r. w mokotowskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie został wykonany wyrok kary śmierci na dowódcy oddziału partyzanckiego Rejonu NSZ Mrozy – por. Zygmuncie Jezierskim ps. „Orzeł”. Zgon został stwierdzony o godzinie 21.35.

CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM !!!

Niniejszy tekst powstał w oparciu o artykuł Michała Jerzego Chromińskiego „Zarys historii oddziału partyzanckiego por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” Rejonu Narodowych Sił Zbrojnych Mrozy”, który ukazał się w zeszycie 15 „Rocznika Kałuszyńskiego” (2015).

Rocznicowy tekst poświęcony ostatniej walce żołnierzy Rejonu NSZ Mrozy przeciwko komunistom w Grodzisku ukaże się drukiem w najnowszym numerze Kwartalnika „Wykleci” – nr 3(10) lipiec – wrzesień 2018, poświęconego historii Żołnierzy Wyklętych.

 

Kwartalnik „Wyklęci”.

foto: Wydawnictwo MILES

 

Ukazał się najnowszy numer Kwartalnika „Wyklęci”! Tematem przewodnim bieżącego numeru są księża niezłomni. W środku m.in. artykuł autorstwa Michała Jerzego Chromińskiego z GRH Rejon NSZ Mrozy, poświęcony kapelanom Rejonu NSZ (NZW) Mrozy (pow. Mińsk Mazowiecki) – ks. prałatowi Kazimierzowi Fertakowi (proboszczowi parafii w Mrozach)

źródło: IPN

oraz ks. Wiktorowi Łubińskiemu (proboszczowi parafii Kuflew), którzy za wsparcie duchowe udzielane żołnierzom z oddziału por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” – ostatnim partyzantom powiatu Mińsk Mazowiecki, byli przez komunistów brutalnie przesłuchiwani i torturowani, a następnie skazani na kary 15 i 4 lat więzienia.

Kwartalnik „Wyklęci” nr 2(10)/2018

Serdecznie zapraszamy do lektury!

Pozdrawiam!

K.L.

70 rocznica akcji pod Trzebuczą.

Dokładnie 70 lat temu – 1 kwietnia 1948 r., pod Trzebuczą (gmina Grębków, pow. Węgrów) żołnierze oddziału por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” z Rejonu NSZ (NZW) Mrozy przeprowadzili swoją najsłynniejszą akcję – odbicia więźniów (siatkowców 6. Brygady Wileńskiej AK kpt. Władysława Łukasiuka ps. „Młot”) przewożonych z PUBP w Węgrowie do okrytego ponurą sławą aresztu WUBP „Toledo” w Warszawie.

1 kwietnia 1948 r. na szosie Węgrów – Grębków – Augustówka – Kałuszyn w pobliżu wsi Trzebucza pomiędzy godziną 6.30 a 7.00 rano, miała miejsce spektakularna akcja 13-osobowego oddziału partyzanckiego Rejonu NSZ Mrozy pod dowództwem por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł”.

Por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł”

źródło: IPN

Akcja ta była dziełem przypadku, bowiem oddział w tym dniu zorganizował przy szosie zasadzkę w celu przeprowadzenia akcji ekspropriacyjnej, czyli zatrzymywania samochodów i furmanek PPR-owców, a następnie dokonywania rekwizycji mienia. Pojazdy zatrzymywane były przez żołnierzy oddziału przebranych w mundury MO i kierowane do oddalonego o kilkanaście metrów lasku, gdzie dokonywano przeszukiwania. W ten sposób zatrzymano samochód należący do „Spółdzielni Spożywców”. Partyzanci zatrzymali także przechodzącego szosą kierownika spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Sinołęce – Ludwika Kowalskiego.
W trakcie gdy w lesie przeszukiwano kolejne auto, od strony Węgrowa nadjechał samochód PUBP (wyjazd z Węgrowa nastąpił o godzinie 5.30). „Orzeł” zatrzymał pojazd wystrzałem z pistoletu, a pozostali żołnierze oddziału ostrzegawczo otworzyli ogień z broni maszynowej. W ciężarówce znajdowało się szesnaście osób: sześciu funkcjonariuszy UB, czterech aresztantów (żołnierzy podziemia niepodległościowego) oraz sześciu żołnierzy KBW jako eskorta. Pojazd został zatrzymany przez trzech partyzantów, którzy nakazali zatrzymanym podnieść ręce do góry. W tym czasie pozostali ludzie „Orła” rzucili trzy granaty. Zatrzymani funkcjonariusze i żołnierze zostali rozbrojeni i zmuszeni do położenia się w rowie twarzami do ziemi. W trakcie sprawdzania dokumentów zatrzymanych dwóch funkcjonariuszy UB wraz z dwoma żołnierzami KBW (strz. Kasperek i strz. Porusz) poderwało się do ucieczki i pomimo gwałtownego ognia partyzantów (strzelano ze zdobycznego rkm-u i karabinu maszynowego MP-43) biegnąc w stronę Trzebuczy, po czym zdołali ukryć się w pobliskim lesie.
Moment ten po latach wspominał bezpośredni uczestnik akcji strz. Jan Artur Kochański ps. „Zośka” (najmłodszy żołnierz w oddziale „Orła”): „1 kwietnia 1948 roku znaleźliśmy się na szosie Węgrów – Kałuszyn w pobliżu miejscowości Trzebucza. Samochód pojawił się zza wzgórza i był całkowitym zaskoczeniem dla oddziału rozlokowanego wzdłuż szosy. Jednak dowódca widocznie nie był zaskoczony, znalazł się na środku szosy z podniesioną ręką. Po bokach miał dwóch partyzantów z groźnie wymierzonymi automatami, skierowanymi w stronę ciężarówki. Leżałem przy MG-42, którego lufę łatwo skierowałem w stronę ciężarówki, na której zamajaczyły się zielone żołnierskie mundury. Pojedynczy strzał, a potem długie serie z automatów zwróciły moją uwagę na przód samochodu, gdzie stał dowódca z pistoletem w ręku, a dwaj partyzanci, odwróceni tyłem do frontu rozlokowanego oddziału, strzelali długimi seriami do jakiegoś celu, niewidocznego z mojej strony. Wytworzyła się groźna sytuacja bo żołnierzy znajdujących się na ciężarówce strzegł tylko jeden partyzant [st. strz. – przyp. M.J. Ch.] Czesław Grzywacz „Cygan”, ale czy to jego groźny wygląd, czy brak chęci do walki żołnierzy, nie spowodował groźniejszych następstw. Opanował zresztą zaraz ją dowódca, przywołując dwóch partyzantów do pomocy „Cyganowi”. Jednocześnie usłyszałem rozkaz skierowany bezpośrednio do mnie >>Erkaem do przodu<< Poderwałem się i pobiegłem w kierunku, który wskazywała ręka por. Zygmunta Jezierskiego „Orła”. >>Jeden UB-owiec ucieka<< – usłyszałem jego słowa i już w następnej chwili byłem po drugiej stronie szosy. Rzeczywiście zobaczyłem w odległości około 300 m. sylwetkę człowieka, która już w połowie skrywała się za wzgórze. Upadłem na ziemię chcąc wziąć cel w dogodnej dla siebie pozycji, ale o zgrozo cel przesłoniła mi całkowicie kupa rozłożonego zwyczajnego nawozu. Zdesperowany, pociągnąłem po nim serią, rzeczywiście, nawóz rozsypał się, ale z uciekającej postaci widoczna już była tylko głowa. Oczywiście mimo długich serii chybiłem, bo UB-ek ten zeznawał później na procesie.” Gdy por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł” na podstawie dokumentów stwierdził charakter służbowy zatrzymanego w szoferce ciężarówki ubranego po cywilnemu oficera śledczego PUBP w Węgrowie – ppor. Romana Dobiszewskiego, zastrzelił go na miejscu w przeciwległym rowie (oddał trzy strzały). Chwilę później z rozkazu „Orła” ppor. Zygmunt Rześkiewicz ps. „Grot” wraz z st. sierż./ppor. Janem Braunem ps. „Dżon” zastrzelili podoficera UB – kpr. Wacława Kamińskiego (jeden strzelał z pistoletu porzuconego przez wartownika, a drugi ze zdobycznego rkm-u). Zabici funkcjonariusze bezpieki znani byli z sadyzmu i okrucieństwa wobec aresztowanych. Żołnierze oddziału „Orła” załadowali na ciężarówkę UB zdobytą broń i amunicję: dwa rkm-y DP-28 z dwoma magazynkami, dwa pistolety maszynowe PPSz wraz z magazynkiem, pistolet Colt z trzydziestoma nabojami, pistolet Browning FN, dwa pistolety TT, dwa karabiny, z czego jeden karabin Mosin z czterdziestoma nabojami oraz jedenaście granatów. Po uwolnieniu przewożeni do Warszawy aresztanci wyrazili chęć wstąpienia do oddziału „Orła”, lecz ich mizerny stan, jak również fakt, iż PUBP w Węgrowie wiedział o nich wszystko sprawiły, że chwilę później zniknęli w lesie. Wartownik UB, który był szoferem – Piotr Gajewniak, przymuszony został do prowadzenia samochodu. Odjeżdżając z miejsca akcji partyzanci ostrzegawczo strzelali nad głowami żołnierzy z KBW (kpr. Zimny i pięciu szeregowych), aby ci nie próbowali wstawać z ziemi. Cała akcja trwała około 15 minut. W niecałą godzinę po akcji zaalarmowani funkcjonariusze UB, KBW i MO rozpoczęli pościg za partyzantami, który trwał trzy dni i zakończył się fiaskiem. W swojej ucieczce żołnierze „Orła” udali się aż do lasów domanickich w pow. siedleckim, a mało brakowało, aby niedaleko wsi Kiczki (gmina Cegłów) zostali wytropieni. Jak po latach wspominał „Zośka”: „Sprawę przesądził dowódca, po rzuceniu granatu i po jego wybuchu krzyknął na cały głos >>chłopcy, hura na komunistów!!!<< i gdy zgodnie poderwaliśmy się chcąc wypełnić rozkaz, gwałtownie zaczął machać rękami pokazując co chwila na ziemię jednocześnie nie przestając krzyczeć >>hura, hura<< , który to okrzyk chętnie podjęliśmy. Gdy wybuchł drugi granat rzucony przez „Orła”, a w odpowiedzi nie usłyszeliśmy żadnego strzału, padł następny już cichy rozkaz: >>Skokami naprzód – kierunek wieś.<< Po przebiegnięciu mniej więcej połowy drogi dzielącej nas od wioski, gdy od strony lasu nie odezwał się żaden strzał, na nowy rozkaz pobiegliśmy biegiem. W samej wiosce nie pokazał się żaden człowiek, przeszliśmy ją i wpadliśmy na obszerne pole, na którego krańcach były widoczne sznury ludzi podążających w tym samym co my kierunku. >>Chłopcy przed nami wioska, potem droga i las, jeżeli dopadniemy go pierwsi, będziemy żyć<< – głos dowódcy spokojny i niezbyt głośny dziwnie dodawał wyczerpanym nogom sił. Ludzie z wioski poznawszy z kim mają do czynienia, zaczęli nagminnie wynosić wodę, mleko, nawet serwatkę z dużymi pływającymi w niej kawałkami masła. Nic nie pomagały nawoływania „Orła” nakazujące kryć się po piwnicach, bo nie wiadomo czy nie zostaniemy ostrzelani. Nie nastąpiło to jednak, widocznie UB-owcy też zdawali sobie sprawę, że odcięcie nas od lasu wystawi oddział w gołym polu jak na patelni. Pokrzepieni płynami, a jeszcze więcej życzliwością mieszkańców wioski już resztką sił przeskoczyliśmy szosę, pole oddzielające oddział od lasu i na jego skraju padliśmy bez sił, groźnie jednak wystawiając lufy erkaemu w stronę szosy. Po dłuższej chwili usłyszeliśmy szum zapuszczanych w oddali silników samochodowych, które wkrótce całkowicie ucichły. Jeszcze raz oddział wyszedł zwycięsko w zmaganiach z czerwoną zarazą.”
Niniejszy fragment oparty został na części artykułu autorstwa Michała Jerzego Chromińskiego (GRH Rejon NSZ Mrozy) „Zarys historii oddziału partyzanckiego por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” Rejonu Narodowych Sił Zbrojnych Mrozy”, który ukazał się w zeszycie 15-tym „Rocznika Kałuszyńskiego” (2015), s. 116-156.

Oddział partyzancki Rejonu NSZ Mrozy – maj 1948 r. Stoją w górnym rzędzie od lewej: strz. Zdzisław Kozłowski ps. „Dąb”, por. Zygmunt Jezierski ps. „Orzeł”, st. sierż. Edward Markosik ps. „Wichura”, strz. Wiktor Zając ps. „Hrabia”, środkowy rzad od lewej: st. strz. Zbigniew Rożanowski ps. „Marynarz”, sierż. Józef Łukaszewicz ps. „Kruk”, strz. Henryk Kwapisz ps. „Ojciec”, ppor. Czesław Gałązka ps. „Bystry”, ppor. Jan Braun ps. „Dżon”, dolny rząd od lewej: strz. Jan Artur Kochański ps. „Zośka”, st. strz. Czesław Grzywacz ps. „Cygan”.

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej

CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM !!!

Autor: Michał Jerzy Chromiński

NSZ Mrozy – z archiwum IPN

Oddział partyzancki NSZ pod dowództwem por. Zygmunta Jezierskiego ps. „Orzeł” działał na terenie powiatów: Mińsk Mazowiecki, Węgrów, Garwolin, Siedlce, Sokołów Podlaski, Łuków. W ciągu 3 lat swojej działalności powojennej na naszym terenie zorganizowali około 90 akcji bojowych, zabijając 30 funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa.
Mimo PRL-owskiego „opluwania” żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, ludzie nadal pamiętają swoich bohaterów. Postawili im pomnik, dbają o niego i palą znicze swoim kolegom, ojcom i dziadkom, którzy walczyli o Wolną Polskę.

 

Cześć i Chwała NIEZŁOMNYM !

Pozdrawiam!

K.L.

1 Marca – Narodowy Dzień Żołnierzy Wyklętych.

Żołnierzami polskiego powojennego podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego, którzy stawiali opór sowietyzacji Polski i podporządkowaniu jej ZSRR. Zakłamana komunistyczna historia przez dziesiątki lat nazywała ich bandami lub bandytami z lasu.

Liczbę członków wszystkich organizacji i grup konspiracyjnych szacuje się na 120–180 tysięcy osób. Ostatni członek ruchu oporu – Józef Franczak ps. „Lalek” zginął w obławie w Majdanie Kozic Górnych pod Piaskami (woj. lubelskie) osiemnaście lat po wojnie – 21 października 1963 roku.

O ustalenie 1 marca Dniem Żołnierzy Antykomunistycznego Podziemia wystąpiły w 2009 roku organizacje kombatanckie, skupione wokół Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych. Od początku wsparcie dla inicjatywy zadeklarowały kluby parlamentarne PO i PiS.

Inicjatywę ustawodawczą w tej sprawie podjął w 2010 roku prezydent Lech Kaczyński. Po śmierci Kaczyńskiego Bronisław Komorowski podtrzymał projekt. Ustawa została podpisana w lutym 2011 roku. Jak będzie wyglądał Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”?

 

Pozdrawiam!

K.L.

Tajemniczy krzyż w lesie. Znacie jego historię?

Przydrożne krzyże są nieodłączną częścią polskiego krajobrazu. Trudno znaleźć miasteczko czy wieś, w której nie byłoby krzyża lub kapliczki. Krzyże stawiano od wieków, a każdy z nich kryje swoją historię lub jest pamiątką jakiegoś wydarzenia.

Najczęściej krzyże i kapliczki są symbolami wiary, ale nigdy nie były stawiane przypadkowo. Krzyże ustawiano w centralnych punktach miast, w pobliżu kościołów, na skrzyżowaniach dróg jako kierunkowskaz czy na obrzeżach miast, gdzie wyznaczały granicę. Wznoszone były na polach bitew, upamiętniając poległych, jak również w miejscach związanych z wydarzeniami z przeszłości. Obecnie stawia się je również w miejscach tragicznych wypadków samochodowych, w których zginęli ludzie.

Jednym z takich tajemniczych krzyży w naszej okolicy jest ten, znajdujący się w lesie, pomiędzy Mrozami a Kałuszynem. Stoi w pobliżu Szymon, pośród leśnych drzew w odległości kilkudziesięciu metrów od drogi wyznaczającej granicę administracyjną gminy Mrozy i Kałuszyn. Na jego pionowej części można dostrzec datę 1928r. Bardziej jednak interesująca jest historia wyryta na jego frontowej części:

„Wincenty Chroscicki, Stanisław Wójcik zginęli na tem miejscu z ręki złoczyńców dnia 12 lipca 1928r

Kainie cóżeś uczynił? Głos krwi brata twego głośno woła ku mnie z ziemi…”

Co dokładnie wydarzyło się wtedy w tym lesie? Czy dowiemy się dlaczego ktoś postawił krzyż właśnie w tym miejscu?

Może Wy wiecie coś więcej?

Pozdrawiam!

K.L.

28 stycznia godz. 16.15

„Z przekazów rodzinnych wynika, że jest to miejsce morderstwa (nie spoczynku) popełnionego na dziedzicu i jego fornalu. Konie z dorożką same wróciły do majątku”.

Dziękuję za wiadomość.

Historia Mrozów.

Artykuł z 1995 roku przesłał jeden z naszych czytelników. Jego autorem jest p. Danuta Sadowska

„Z dziejów wsi Mrozy”

Wieś Mrozy, o pierwotnej nazwie Grozy, położona jest w odległości 58 km od Centrum Warszawy i 38 km od Siedlec. Jest najwyżej położoną miejscowością na linii prostej pomiędzy Warszawą a Łukowem (170-180m npm).
„Wysokość położenia oraz duża ilość wód zaskórnych spływających z hydrograficznego węzła kałuszyńskiego spowodowały osobliwy mikroklimat wsi. Lato tu jest chłodniejsze i bardziej wietrzne (…) a zima bardziej ostra niż np. w Mińsku Mazowieckim (odl. o 19 km). Śnieżna pokrywa trzyma się tu dłużej niż gdzie indziej w okolicy, czym tłumaczy się nazwa wsi. Kolej i rzeczka płynąca wzdłuż toru dzieli miejscowość na dwie części: południową i północną. Rzeczka szerokości 1-1,5m, nazywana przez miejscowych Witówką, zimą nigdy nie zamarza dzięki licznym źródłom występu- jącym w samej strudze wodnej lub obok, a latem nigdy nie wysycha. Wody jej spływają do rzeki Kostrzyn i dalej do Liwca i Bugu. Mrozy są otoczone lasami mieszanymi z przewagą sosny i świerka. Przy ul. Pokoju rośnie kilka 300 i 400-letnich dębów o obwodzie 4-5 m uznanych za pomniki przyrody. <

Warszawskie Towarzystwo Higieniczne uznało klimat Mrozów i okolic za wyjątkowy i najlepszy do leczenia chorób płuc, dlatego w 1902 r. podjęto decyzję o wybudowaniu Sanatorium w Rudce, a następnie Warszawskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze zorganizowało pierwsze przychodnie w kraju.
„1 lipca 1912 r. otworzyło ono pierwsze w Królestwie Polskim Sanatorium Ludowe dla Chorych Piersiowych – w Leśniczówce pod Mrozami (…), które czynne było do wybuchu wojny w 1914 r. (…)• Miało ono 10 łóżek, leczenie było bezpłatne, (…) w Leśniczówce oraz w Rudce stosowano po raz pierwszy w Polsce terapię pracą”.

Sanatorium „Rudka” i Mrozy otoczone są rezerwatem „Rudka Sanatoryjna” o powierzchni 128 ha. Jest to las sosnowy z domieszką jodły, świerka, graba, modrzewia, osiki, brzozy i dębu. Bogate podszycie rezerwatu stanowi leszczyna, jarzębina, kalina, jałowiec oraz runo leśne z mchami, paprociami, przylaszczkami i konwaliami. Nie brakuje też różnych gatunków zwierząt, mi.i.: sarny, dziki, lisy, zające, jeże, wiewiórki oraz ptaki. Usytuowanie i specyficzny mikroklimat zdecydowały o tym, że Mrozy w 1908 r. awansowały do rangi uzdrowiska.

Przyjeżdżający tu letnicy mogli spacerować po lesie pełnym jagód, malin, jeżyn oraz grzybów i rozkoszować się jego bogatą roślinnością, zwiedzając wczesnośredniowieczne grodzisko w Grodzisku odległym o 3 km od Mrozów.
Atrakcją dla turystów jest również oz – polodowcowy wał zbudowany z piasków i żwirów. „Rozpo- czyna się przy torze kolejowym w pobliżu stacji Mrozy i ciągnie się z przerwami pod wsią Sokolnik oraz wsie Kuflew i Latowicz aż do Łukowa”. Na odcinku 2 km został rozkopany, a na jego dnie wytworzyło się 6 stawów, zasilanych podwodnymi źródłami.

Obszar Mrozów położony na Wysoczyźnie Kałuszyńskiej, wchodzi w skład Nizin Środkowopolskich. Pod względem ukształtowania jest to w większości równina falista. Gleba ogólnie nieurodzaj- na, w pobliżu rzeki bagnista.

Wieś Mrozy obejmuje dawną Bernatowiznę, Semanowiznę, Kozłowiznę, Dębkowiznę, Wymyśle i Wolę Kałuską.

W czasach Rzeczpospolitej Szlacheckiej teren ten stanowił część ziemi czerskiej i należał do powiatu czerskiego. W 1795 r. w wyniku III rozbioru Polski znalazł się pod zaborem rosyjskim.

W dobie Księstwa Warszawskiego powstał powiat stanisławowski i siennicki, w 1815 r. utworzono z nich obwód stanisławowski, do którego należało miasto Kałuszyn, a więc i Mrozy, gdyż wieś ta wchodziła w skład dóbr Kałuszyn, których właścicielem był w latach 1818-1839 gen. Dywizji Wojsk Polskich – Aleksander Rożniecki.

Ożywienie gospodarcze na tym terenie rozpoczęło się od chwili budowy szosy Warszawa- Brześć, przebiegającej przez Kałuszyn, którą ukończono w 1824 r. Przybyło wtedy wielu Żydów, zajmujących się głównie handlem i pośrednictwem. Po uruchomieniu w 1866 r. kolei żelaznej, przebiegającej przez Mrozy, łączącej Warszawę z Rosją osiedliło się tu wielu niemieckich koloni- stów i Żydów, a także rodzin ziemiańskich wysiedlonych przez władze carskie ze swoich majątków, skonfiskowanych za udział lub pomoc powstańcom w 1863 r.

Po upadku powstania styczniowego w 1867 r. nastąpiły w dawnym powiecie stanisławowskim duże zmiany. Powiat został zmniejszony, prawa miejskie straciły pobliskie miasta Kuflew i Jeruzal (obecnie wsie te należądo gminy Mrozy). Tylko Kałuszyn i Nowomińsk (obecnie Mińsk Mazowiecki) pozostały miastami. Wówczas utworzono powiat nowomiński i gminę. Odtąd wieś Mrozy admini- stracyjnie należała do gminy Kuflew w powiecie nowomińskim.

„W 1876 r. było 241 mieszkańców. Weś urządzona kolonialnie, zamieszkała przeważnie przez Niemców, ma ziemię żytnią, lekką, grunta faliste, staw, młyn, 301 m obszaru”.
W1885 r. mieszkało w Mrozach ponad 400 osób.
Polacy zajmowali się tokarstwem, kołodziejstwem, stolarką oraz pracą na roli, Żydzi natomiast handlem.

Ówczesna właścicielka Kuflewa – hrabina z Łąckich Dąbrowska (synowa Henryka Dąbrowskiego wodza Legionów) przy rzece w Mrozach zbudowała tartak. Kiedy drewniany budynek spłonął, wybudowano murowany. Zainstalowano w nim urządzenie do produkcji noży. Przez około 10 lat istniała w Mrozach, na Bernatowiżnie fabryka noży – „grzechowiaków” (od nazwiska właściciela – Grzechowiak). Budynek, który później zaadoptowano na młyn wodny, ciągle nazywano Nożownią.

Pod koniec XIX wieku posiadłość Kuflew nabył ks. Stanisław Lubomirski, który ofiarował 20 ha gruntów graniczących od strony południowo-wschodniej z Mrozami na budowę Sanatorium dla Piersiowo Chorych, którą rozpoczęto w 1902 r. a ukończono w 1908 r.

Kolejny właściciel ośmiu folwarków, usytuowanych na terenie gminy Kuflew – Michał Szwejcer (później jego syn – Bronisław) rozwinął przemysł: gorzelnię w Kuflewie (8 km od Mrozów), cegielnię w Liwcu (4 km od Mrozów), żwirownię „Wydmusy” od południowo-zachodniej strony Mrozów, na rzece Witówka budował młyny wodne: „Bernatowizna”, „Kozłowizna”, „Wymyśle” i „Mrozy”. Istniejący w Mrozach piąty młyn wodny „Dębkowizna” należał do Żyda – Szulima Zypmana.
Bronisław Szwejcer kontynuował dzieło ojca, dając zatrudnienie wielu mieszkańcom Mrozów i okolic. Obok żwirowni wybudowano tartak parowy (przy trasie Kuflew-Mrozy-Kałuszyn), w którym zatrudniał 32 osoby, założył też gospodarstwo rybne k/Mrozów.

Zachodnia część Mrozów, nazywana wówczas Wolą Kałuską i Dębkowizną w większości należała do Żydów, coraz liczniej przybywających z Kałuszyna. Rozwijali handel i rzemiosło. W Mrozach, przy ul. Krakowskiej15, na początku na początku XX w. dla potrzeb wojska wybudowano kasyno. Artyści z Warszawy wystawiali tam sztuki teatralne, później ze sceny korzystał szkolny teatr. 

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. wieś Mrozy administracyjnie należała do gminy Kuflew, której wójtem był Franciszek Gromulski. W gminie było 20 wiosek i 11800 mieszkań- ców, w Mrozach – 1080 mieszkańców, ok. 100 domów, w tym 4 murowane. Ziemia o łącznej powierzchni 866 morgów była w posiadaniu włościan i kolonistów niemieckich. Na 65 gospodarzy tylko 15 miało większe gospodarstwo rolne, tj. od 10 do 20 morgów. Posiadacze drobnych gospodarstw rolnych i bezrolni, stanowiący najliczniejszą grupę społeczną, zmuszeni byli szukać zatrudnienia u obszarników lub rzemieślników. Usługi i handel był głównie w rękach Żydów, największe zakłady posiadał dziedzic z Kuflewa – Bronisław Szwejcer. Materialnie dobrze sytuowane byty rodziny kolejarskie.

Mrozy nie były jednolite etnicznie, dzieliły się na 3 główne grupy narodowo-wyznaniowe: polską, żydowską i niemiecką. Społeczeństwo było tolerancyjne, nie zdarzały się konflikty, częstym widokiem były spotkania w centrum Mrozów księdza, pastora i rabina prowadzących ożywioną dyskusję. Drewniana zabudowa z gęstą siecią sklepów i zakładów, naftowe oświetlenie, błotniste drogi – to rzeczywistość wsi lat międzywojennych. Wieś podobna do innych w Polsce, a jednak wyróżniona. Przybywało w niej coraz więcej mieszkańców, a latem – wczasowiczów.

Wraz z napływem ludności stałej i gości rozwijały się usługi i handel. Od 1929 r. w każdy wtorek i piątek odbywały się targi, na których od rolników można było kupić świeży nabiał, drób, owoce, warzywa i inne artykuły ogólno-spożywcze.
W okresie międzywojennym było 5 czynnych młynów wodnych: „Dębkowizna” – Józefa Pieniążka (późniejT.Chomki), „Bernatowizna” -B.Szwejcera (później A.Kozłowskiej), „Kozłowizna” -J.Rutko- wskiego, „Wymyśle” – B.Szwejcera i „Mrozy” – K. Łopuszyńskiego. Były również: tartak, łaźnia, 2 fabryki wyrobów wód gazowanych, zakład handlu win i wódek, hurtownia piwa, 4 karczmy, 3 fryzjernie, 3 zakłady szewskie, 4 ślusarsko-kowalskie, zakład fotograficzny, 4 herbaciarnie, 5 piekarni, 2 warsztaty masarskie ze sklepem, 3 jatki mięsne, 20 sklepów spożywczych oraz sklep ze słodyczami i bilardem, w którym prowadzono również działalność rozrywkową.
W 1923 r. liczba mieszkańców wynosiła: 1160, w 1935 r. – 1980 (64% – Polacy, 32% Żydzi, 4% Niemcy). Liczba domów mieszkalnych ze 100 wzrosła w 1935 r. do 193 (w tym 6 murowanych). Uruchomiona w 1926 r. agencja pocztowa, w 1928 r. przemianowana na Urząd Pocztowy, zapewniała łączność z krajami i ze światem. O zdrowie mieszkańcowi gości dbał doktor Szymon Lauer, a jego recepty realizował w swojej aptece płk. mgr Stecki. Nad porządkiem i bezpieczeństwem czuwał posterunek policji dowodzony przez przodownika Rackiego, później Krysiaka i dwóch funkcjonariuszy wyposażonych w rowery i karabiny.

Rolnicza wieś Mrozy zmieniła się w okresie międzywojennym w osadę młyńską, w której rozwijało się rzemiosło i handel. Administracyjnie nadal należała do gminy Kuflew z siedzibą w Woli Rafałowskiej (2 km od Mrozów). Od 1934 r. do wybuchu II wojny światowej wójtem gminy był nauczyciel z Mrozów – Sobkowicz.

W okresie wojny gminą kierował A.Schultz wraz z żandarmerią a liczba mieszkańców wahała się od 1700 do 2030 osób, domów mieszkalnych ubyło z 200 na 170. Po wojnie, tak jak w całym kraju, również w Mrozach nastąpiły zmiany. Siedzibę gminy Kuflew przeniesiono do opuszczonego przez Niemców budynku w Mrozach. Polacy zasiedlili puste żydowskie domy. Gminna Spółdzielnia tworzyła własną sieć sklepów. Brak światła, komunikacji i asfaltowych ulic byt uciążliwy w życiu mieszkańców. Jednak miejscowość piękna zielenią swoich lasów, poprzez czynną kolej konną, była wciąż atrakcyjna. Wielu oddanych ludzi pozostawało w Mrozach, aby dokończyć rozpoczęte prace przy rozbudowie liceum oraz budować nowe budynki użyteczności publicznej. Oficjalnie przestały obowiązywać przedwojenne nazwy, dzielące miejscowość na osady: Berna- towizna, Semanowizna, Kozłowizna, Dębkowizna i Wymyśle. Tylko najstarsi mieszkańcy zachowali w pamięci te nazwy.

Administracyjnie Mrozy obejmowały dwa sołectwa: Mrozy i Wola Kałuska. Granicą między nimi był trakt: Kuflew – Kałuszyn. Mrozy położone na wschodniej części tego traktu, graniczące z rezerwatem „Rudka Sanatoryjna”, to najstarsza część miejscowości. Po przeciwnej stronie traktu obejmowały tereny wsi Wola Kałuska. Tam był kościół, Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny, strażnica OSP, budowano nowe instytucje, ale adresowano Mrozy, a nie Wola Kałuska. Popularnie całą miejscowość nazywano Mrozy, chociaż w dowodach osobistych mieszkańców w rubryce: zameldowanie, pisano – Wola Kałuska.21

W 1954 r. gminy zostały podzielone na gromady. Mrozy stały się siedzibą Gromadzkiej Rady Narodowej, do której przylegały sąsiednie wioski. Tworzyły się nowe miejsca pracy w istyniejącej i rozwijającej się infrastrukturze (Ośrodek Zdrowia z Izbą Porodową, Bank Spółdzielczy i zakłady przemysłowe). „Za każdym czynem i obiektem kryje się wiele ludzkiej inicjatywy, energii, ofiarności 1wysiłku (…). Żyją tu ciekawi, ofiarni i pracowici ludzie” – napisał w l.60-tych red. Trybuny Mazowieckiej Jan Ruszko.22

Ludność Mrozów charakteryzowała się różnorodną strukturą zawodową. Kilkanaście rodzin to posiadacze gospodarstw rolnych, pozostali szukali zatrudnienia w pobliskich miastach, przybywało inteligencji zatrudnianej w szkołach, Ośrodku Zdrowia, Sanatorium i innych zakładach. Słabe gleby przeznaczono na działki budowlane, na których budowano nowe domy.

W styczniu 1973 r. utworzono gminę, w skład której weszły 4 dotychczasowe Gromadzkie Rady Narodowe. Mrozy – siedziba gminy – stały się dla 9500 mieszkańców mikrorejonem, centralnym ośrodkiem społeczno-gospodarczym i kulturalnym. Rosły dalsze potrzeby i inicjatywy rozbudowy placówek użyteczności publicznej. Po zelektryfikowaniu linii kolejowej w 1975 r., miejscowość zaczęła się bardziej rozrastać. Łatwy dojazd do pracy i szkół w miastach spowodował jeszcze większą migrację. Wśród przybyszów przeważały młode małżeństwa z sąsiednich wsi, wzrastała liczba dzieci w szkole, dlatego trzeba było ją rozbudować. Według powszechnego spisu ludności w 1978 r. liczba mieszkańców w Mrozach wynosiła 2574 osoby,  natomiast w 1988 r. – 3015. Z przeprowadzonych badań ankietowych wynika, że najwięcej osób przybyło do Mrozów w latach 70-tych. Był to najkorzystniejszy okres do budowy domów jednorodzinnych, a Mrozy były dogodnym miejscem na osiedlenie się wielu rodzin. Komunikacja kolejowa i autobusowa, duża oferta działek budowalnych, szkoła średnia, rozwijaąca się infrastruktura i rzemiosło były powodem wzrostu liczby mieszkańców Mrozów.

W1981 r. naczelnikiem gminy został nauczyciel Stanisław Parol, który rolę gospodarza pełni do dziś. W tym czasie wybudowano nową aptekę, świetlicę wiejską w południowej części miejscowości, rozbudowano szkołę, strażnicę, budynek Urzędu Gminy, zakupiono i zaadoptowano pomieszczenia dla Biblioteki, na wielu ulicach wykonano nawierzchnię asfaltową, inne poszerzono i utwardzono. Powstał też duży, nowoczesny kościół.

W latach 90-tych uruchomiono targowisko, na którym pobudowano pawilony handlowe, przybyło asfaltowych ulic i nowych zabudowań.

Od 1991 r. w dokumentach gminnych nie istnieje już nazwa Wola Kałuska lecz Mrozy, które posiadają własny herb. W Mrozach o powierzchni 773 ha w ponad 700 domach mieszka 3008 osób. Obecny skład ludności jest rezultatem migracji. Dla większości osób dojeżdżających do pracy czy szkoły Mrozy są hotelem, część pracuje w miejscowych instytucjach lub własnych zakładach rzemieślniczych.

Od 1983 r. do dziś podwoiła się liczba prywatnych przedsiębiorców. Obecnie ok. 190 osób prowadzi zakłady produkcyjne, usługowe lub sklepy. Rolników natomiast ubywa. Według kart podatkowych Urzędu Gminy jest 183 posiadaczy ziemi o pow. powyżej 1 ha, ale tylko 25 gospodarzy uprawia swoją ziemię, część stanowią lasy lub nieużytki. Wiele z tych 183 osób mieszka w Mrozach, a ich ziemia znajduje się w innej wsi, z której przybyli.

Mrozy o tradycjach rzemieślniczych są terenem mieszania się elementów wiejskich i miejskich. Położenie i komunikacja kolejowa to główne czynniki dynamicznego rozwoju miejscowości.

Na początku XX wieku Mrozy były niewielką wsią, posiadającą młyny wodne i kilka zakładów rzemieślniczych, w latach 50-tych – gromadą, do której napływała ludność z sąsiednich wiosek. Dalszy, systematyczny proces rozwoju miejscowości zadecydował, że w 1973 r. Mrozy stały się siedzibą gminy, liczącej 28 sołectw. Zdominowały sąsiednie miejscowości, które kiedyś miały prawa miejskie, np.: Jeruzal, Kuflew, Cegłów. Przybywający do Mrozów coraz to nowi ludzie wykazywali niezwykłą chęć działania na rzecz swego środowiska.

żródło:http://mazowsze.hist.pl

 

Trochę historii

1 września 1939 roku poprzez agresje Niemiec na Polskę rozpoczęła się wojna. Mało kto w ówczesnej Polsce wierzył w wojnę. Dzieci właśnie miały iść do szkoły. Pierwsze bomby, niemiecka Luftwaffe zrzuciła na Wieluń, spokojnie śpiące miasto nie dające żadnego powodu aby w nalocie dywanowym je zniszczyć, a mieszkańców wymordować. W sukurs Niemcom przyszły jeszcze 2 państwa Słowacja i ZSRR. Polska napadnięta ze wszystkich stron i zdradzona przez wszystkich sojuszników nie miała szans obrony. Dziś już wiadomo że w maju 1939 r sztab generalny armii francuskiej podjął decyzje o nie reagowaniu czynnym na agresje Niemiec na Polskę. Mimo udzielonych gwarancji bezpieczeństwa nie zawiadomili nas o tym. W ich planach po trzech latach II wojny światowej mieli wyzwolić od okupacji niemieckiej Rzeczpospolitą. Polska nigdy się nie poddała. W odróżnieniu od Czech, Francji, Belgii, Holandii, Danii, Norwegii, które ochoczo rozpoczęły współprace z Niemcami. Zamiast współpracy zafundowaliśmy Niemcom państwo podziemne, ewenement w skali świata. Z własnym szkolnictwem dbaniem o kulturę i pamięć narodu polskiego. Państwo podziemne stworzyło struktury wojskowe, które w szczytowym momencie liczyły ponad 300 tys. żołnierzy. Poza granicami państwa polskiego Polacy zdołali utworzyć pod sztandarami polskimi potężne związki taktyczne. Pływaliśmy po morzach i oceanach, walczyliśmy w Afryce, Europie zach. i na foncie wschodnim. Broniliśmy nieba (o ironio) nad Francją i włożyliśmy potężny wkład w obronę Wielkiej Brytanii. Naszym lotnikom należały się słowa uznania wypowiedziane przez Winstona Churchilla.
-„Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele, tak nielicznym”
Te wszystkie dokonania są wynikiem wyjątkowego hartu ducha Polaków, przywiązania do ojczyzny i przywiązania do własnej historii, w której nie ma ani jednego akcentu agresywnej postawy wobec sąsiadów.


Dziś nie ma już żadnej wątpliwości, że Polska została wciągnięta w wir polityki światowej, w której poza naszymi plecami, nasi sojusznicy dogadywali się, jak nie wywiązać się z traktatów, a Niemcy z Rosją jak podzielić łupy. II wojna światowa przyniosła Polsce zagładę 1/3 narodu. Polska jest jedynym krajem, któremu nie zostały wypłacone reparacje wojenne. Nigdy nie usłyszeliśmy słowa przepraszam od Brytyjczyków i Francuzów za pozostawienie nas samych. Tę historię, którą przed chwilą opowiedziałem trzeba opowiadać co roku, aby zapamiętać, że przyjaciół szuka się blisko, a wrogów daleko. Ale zawsze należy liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Tego uczy nas historia…